16.06.2009 Słowa, które najtrudniej przechodzą przez gardło
"Jestem normalna, mam na to papiery, jako jedna z niewielu znanych mi osób" – zapewnia Katarzyna Grochola po wyznaniu, że rozmawia z przedmiotami. Tak jak bohaterka jej najnowszej powieści "Kryształowy Anioł". Premiera już dziś!Po przeczytaniu "Kryształowego Anioła" doszłam do wniosku, że jest to w pewnym sensie poemat na cześć słowa, które zmienia rzeczywistość. Czy Pani zdaniem dopuszczalna jest taka interpretacja?Bardzo dziękuję - jest to komplement.Czy wierzy Pani w to, że słowa mogą zmieniać świat?Tak. Wierzę, że na początku było Słowo. Dlatego trzeba być bardzo ostrożnym.W wypowiadaniu słów czy w słuchaniu i dawaniu im wiary?W jednym i drugim (śmiech). Bardzo! Gdybyśmy byli uważni, dużo złych rzeczy by się nie wydarzyło. Dlatego, moim zdaniem, trzeba przywiązywać większą wagę do rzeczy dobrych, mimo że czasami są mniej atrakcyjne.Jeżeli słowa są tak ważne i mają taką moc, dlaczego bohaterowie Pani powieści "Kryształowy Anioł" tak rzadko korzystają z możliwości szczerego rozmawiania z innymi ludźmi?Bo są wzorowani na normalnych ludziach. A dlaczego normalni ludzie tak niechętnie ze sobą szczerze rozmawiają?Kiedyś byłam na warsztatach terapeutycznych, podczas których prowadzący poprosił każdego z nas o wypowiedzenie słowa, które najtrudniej przechodzi nam przez usta. Spodziewałam się raczej brzydkich słów, nie będę ich cytować. A okazało się, ku mojemu bezbrzeżnemu zdumieniu, że były to słowa: "mamusiu kochana", "kocham cię", "proszę, nie odchodź", "nie zostawiaj mnie", "jesteś dla mnie najważniejszy"... Zamilkła Pani na zawsze?Na zawsze nie, ale rzeczywiście zabrakło mi słów.Ja też wtedy zamilkłam. Gdy ktoś przychodzi i mówi "Oto koniec naszej miłości", znacznie łatwiej jest powiedzieć - przepraszam, że zacytuję - "spier..." zamiast "Kocham cię. Jeżeli musisz odejść, to idź, ale zawsze pozostaniesz w moim sercu". Łatwiej poradzić sobie w gniewie i w złości z uczuciami, z którymi nie dajemy sobie rady, niż przyznać się do żalu, bólu, cierpienia i miłości, nawet jeżeli jest ona niespełniona.Udaje się Pani mówić innym ludziom dobre rzeczy?Dziś udaje mi się częściej niż kiedyś. Wiem, że to trudne. Z lęku przed odrzuceniem, z lęku przed tym, że się skompromitujemy...Zdarzyło się Pani rozmawiać z przedmiotami?Bez przerwy z nimi gadam! (śmiech) Mówię do mojego samochodu. Dziękuję mu, że po raz kolejny ruszył z trójki na skrzyżowaniu. Gadam z kwiatkami, żeby ładnie rosły i żeby mi nie pamiętały tego, że po tygodniu sobie przypomniałam, że należy je podlać. Rozmawiam z jabłonką, która ma 38 lat i właśnie wsadziłam ją do ziemi. Teraz co drugi dzień jeżdżę i wlewam pod nią 20 wiader wody i proszę, żeby mi tego nie robiła i przyjęła się, bo u mnie będzie miała lepiej i że wiem, że nie powinnam jej przesadzać. Gadam z kamieniami, bo uwielbiam kamienie i w każdym z nich jest parę tysięcy lat. A tak poza tym jestem normalna, mam na to papiery, jako jedna z niewielu znanych mi osób.Czy lubi Pani mówienie do mikrofonu?Uwielbiam! Uważam, że mikrofon jest absolutnie magiczny. Nie wierzę, że kiedy mówi się do mikrofonu, to te fale jakoś się przenoszą. W związku z tym nie mam kłopotów z żadnym nagrywaniem. Ostatnio nagrywałam konferansjerkę do pięknego występu szkoły tańca Tap-to-tap i w ogóle nie zdawałam sobie sprawy, że rejestrowane jest wszystko: nie tylko to, co mówię serio, ale też to, co opowiadam w przerwach. Jak mi potem puścili to bełkotanie, podśpiewywanie i mówienie "O Boże! Jak ja uwielbiam ten mały przedmiocik!" - o mikrofonie oczywiście - to miałam wrażenie, że obudziłam w sobie Sarą, bohaterkę "Kryształowego Anioła". Sara zaczyna pracować w radiu i, zupełnie o tym nie wiedząc, prowadzi audycję, która zdobywa szaloną popularność. Czy taki program miałby faktycznie szanse w rozgłośni komercyjnej?Zawsze mam nadzieję, że stanie się jakiś cud. Cuda się zdarzają, ale na różne sposoby. Na przykład nie przypuszczałam, że kiedykolwiek nastąpi taki dzień, w którym w telewizji i radiu nie będzie reklam. A on nastąpił, trzy dni po śmierci papieża. Nie jestem idiotką, wiem, że z reklam muszą się utrzymywać czasopisma, radio i telewizja. Ale było we mnie takie pragnienie, aby stał się cud. I teraz wiem, że może być inaczej. Ludzie, którzy zwykle oglądali wygłupy w różnych komercyjnych programach, nagle zaczęli oglądać poważne rozmowy z fajnymi ludźmi na temat śmierci i tego, co się dzieje. Bardzo miło to pamiętam i będę sobie wierzyć w cuda.Czy wyobraża sobie Pani życie bez radia?Słucham radia głównie w samochodzie, ale dużo jeżdżę i to mnie trochę usprawiedliwia. Jeżeli czegoś słucham, to muzyki z płyt. Zbyt psuje mi nastrój wysłuchiwanie między dwiema ładnymi piosenkami tekstów, że mam się zaopatrzyć w jakąś nakładkę wibrującą czy lubrykant, który mnie wyniesie na szczyty. Jeśli oglądam telewizję, to tylko filmy i bardzo pilnuję, żeby włączyć telewizor trzy minuty po czasie, by reklamy, które się spóźniają, nie brały udziału w seansie. Czyli bez radia świetnie sobie Pani radzi? Chyba bez wszystkiego świetnie sobie radzę. Tylko bez ludzi kiepsko sobie radzę. Bez przyjaciół i bez rodziny. A bez słów?Nie! Jestem gadatliwa, a słowa mnie uspokajają. Gdy miałam poważnie rozharataną nogę, którą trzeba było szyć, gadałam tak strasznie, że lekarz zapowiedział, że następnym razem da mi od razu zastrzyk usypiający (śmiech).Jaka sytuacja zrobiła na Pani największe wrażenie, kiedy zauważyła Pani, że pod wpływem Pani słów zmieniła się rzeczywistość?Głupio odpowiem, ale za to szczerze. Moja bardzo ciężko chora matka przeczytała w maszynopisie "Trzepot skrzydeł", bo jeszcze zdążyłam ją o to poprosić. W pierwszej wersji powieści matka bohaterki przeżyła wypadek, tylko ojciec zginął. I moja mama powiedziała "To jest nieprawdziwe. Ona miałaby do kogo się zwrócić. Musisz uśmiercić oboje rodziców". A ja miałam głębokie przekonanie, że jeżeli uśmiercę w mojej książce oboje rodziców, to moja matka również umrze. Wiedziała, że mam taki głupi sposób myślenia, ale powiedziała: "Bardzo proszę, zrób to". Zrobiłam, a ona umarła. Oczywiście nie dlatego, że to zrobiłam, ale dlatego, że była bardzo ciężko chora. Ale nie pozbyłam się wrażenia, że słowa tworzą rzeczywistość. Że jeżeli powtarzamy, że jesteśmy chorzy, to zachorujemy. Jeżeli powtarzamy, że się nie uda, to się nie uda. A jednocześnie nie popieram życzeniowego myślenia. Jeżeli stanę przed lustrem i powiem "Kasiu, masz dwadzieścia lat i jesteś zgrabną blondynką", to nie będę miała dwudziestu lat i nie stanę się zgrabną blondynką. Krótko mówiąc, ze słowami należy się bardzo czule obchodzić. Rozmawiała Magdalena Walusiak

